Rozmowa z Hanną Kończal
Można spotkać się z zarzutami, że pracownicy Inspekcji Ochrony Środowiska wybierają do kontroli te zakłady, w których praca nie wymaga wielkiego wysiłku, a ponadto ogranicza się wyłącznie do weryfikacji dokumentacji, bez odniesienia do stanu faktycznego. Jak wygląda to z Pani perspektywy?
Jeśli chodzi o stwierdzenie, że jesteśmy bardziej ankieterami niż kontrolerami – bo tak by to trzeba było ująć – to absolutnie nie mogę się z tym zgodzić! Oczywiście, każda ocena zero-jedynkowa byłaby w tej sytuacji zdecydowanym uproszczeniem, bo nie mogę przecież powiedzieć, że wszystkie nasze kontrole są dogłębne i że wszyscy inspektorzy w ten sam, wnikliwy sposób przeprowadzają kontrole. Nie mogę tego powiedzieć, bo wśród pracowników Inspekcji, tak jak w każdej grupie zawodowej i każdym przedsiębiorstwie, są tacy, których pracę oceniamy gorzej. I pewnie zdarzają się takie sytuacje, w których inspektorzy zamieniają się w ankieterów. Ale, wypowiadając się za poznański WIOŚ (WIOŚ – Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska – przyp. red.) mogę stwierdzić, że staramy się z tym walczyć, choćby przez prowadzenie szkoleń, czy omawianie przykładów kontroli, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Nasza praca jest też weryfikowana przez organ drugiej instancji, poprzez odwołania od decyzji, w tym wymierzających kary, które musimy uzasadnić, wskazując stwierdzone nieprawidłowości i pokazując nasze ustalenia. Jesteśmy rozliczani z prawidłowości przeprowadzonej kontroli i zapewniam, że „ankieta” nie wystarczy. Oceniają nas również sądy, przed którymi toczą się postępowania z naszym udziałem. A zwycięża się tylko wówczas, gdy nie popełnia się błędów proceduralnych, bo prowadzenie kontroli ocenia się w dużej mierze właśnie w tych kategoriach. Gdy popełni się jakiś błąd proceduralny, czyli niewłaściwie przeprowadzi kontrolę, to w postępowaniu pokontrolnym nie można wykorzystać zdobytego materiału dowodowego. Dlatego sprawy, w których sądy uchyliły nasze decyzje są omawiane z inspektorami i kierownikami inspekcji, w celu wyczulenia ich na tego typu błędy.
Aby podnieść jakość naszych działań i zwiększyć efektywność, mamy w WIOŚ-u wyznaczonych koordynatorów tematycznych. Taki koordynator ma obowiązek wiedzieć wszystko na dany temat i ma być pomocny innym inspektorom. Zdarzają się też sytuacje, w których nawet taki koordynator ma wątpliwości dotyczące stanu prawnego zastanej sytuacji. Wówczas wspólnie zajmujemy się problemem i ustalamy, jak zachować się w konkretnej sprawie.
Jesteśmy również weryfikowani przez skarżących, którzy oczekują od nas szybkich i skutecznych działań. I to jest chyba najtrudniejsza weryfikacja, dlatego że osoby te zazwyczaj nie są obiektywne. Te krzywdzące nas opinie, że jesteśmy „ankieterami” i nie przykładamy się do pracy, najczęściej są rozpowszechniane właśnie przez skarżących. Oczekują oni, że nasza kontrola wypadnie po ich myśli, a gdy okazuje się, że bardzo dokładnie przeprowadzona inspekcja nie wykazuje przesłanek pozwalających np. na zamknięcie działalności kontrolowanego podmiotu, czego oczekiwali skarżący, spotykamy się z zarzutami typu: „Dlaczego kontroler siedział w biurze przez dwie godziny? Na pewno doszło do korupcji”. A ja pytam: jak można stawiać takie zarzuty, skoro nie ma się na to żadnych dowodów?! Przecież kontrole wymagają przejrzenia dokumentacji. Inspektor musi też uzyskać od kontrolowanego stosowne wyjaśnienia. Poza tym kontrola nie polega tylko na tym, że inspektor rozpytuje właściciela zakładu i przegląda dokumentację. Bardzo ważnym źródłem informacji w celu ustalenia stanu faktycznego jest wizja zakładu. Inspektor, który tego nie zrobi, tak naprawdę nie ma z czym wracać do Inspekcji, bo prędzej czy później wyjdzie na jaw, że nie skontrolował stanu rzeczywistego.
Jednak, tak jak już wspomniałam, przed wizją konieczne jest zapoznanie się z posiadanymi przez kontrolowany podmiot decyzjami określającymi warunki korzystania ze środowiska. Ustawa o Inspekcji Ochrony Środowiska zobowiązuje kontrolującego do sprawdzenia czy podmiot posiada stosowne decyzje, a jeśli tak, to czy są one przestrzegane. Zatem kontrolujący musi zapoznać się z dokumentacją. Ponieważ zazwyczaj są do nas przesyłane kopie decyzji wydawanych przez organy ochrony środowiska, to inspektorzy delegowani do przeprowadzenia kontrolinajczęściejmają możliwość zapoznania się z nimi zanim pojadą w teren – oczywiście, jeśli jest to kontrola planowa. A jeśli jest to interwencja lub nie mamy w naszej bazie żadnych decyzji dotyczących poddawanego kontroli podmiotu, to pełne rozeznanie musi się odbyć na miejscu, w zakładzie. I wtedy czas spędzony w danym zakładzie się wydłuża, właśnie o sprawdzenie stanu formalno-prawnego.

Często też zarzuca nam się, że słuchamy tego, co mówią kontrolowani. Ależ my jesteśmy zobowiązani to robić! To przecież jest bardzo cenne źródło informacji. Kiedy np. odkryjemy rozbieżności w kartach przekazania odpadów i kartach ich ewidencji, to prosimy kontrolowanego o wyjaśnienie przyczyny takiego stanu rzeczy, a jego oświadczenie jest dowodem w sprawie. Oczywiście, takie oświadczenia kontrolowanego powinny być przez inspektora zweryfikowane. Czasem, na okoliczność ustalenia stanu faktycznego, dotyczącego pracy zakładu, przepytujemy jego sąsiadów, czy np. – tak jak zeznał – faktycznie pracuje tylko na jedną zmianę. Niekiedy przyjeżdżamy w czasie, kiedy zakład nie powinien pracować, a jeśli okazuje się, że jednak – wbrew pozwoleniu – działa, to mamy czarno na białym, że przekroczył swoje uprawnienia.
Zazwyczaj mówi się jednak o tym, że inspektorzy przyjeżdżają na kontrole w godzinach urzędowania, a np. przedsiębiorcy z premedytacją dopuszczają się przekroczeń w godzinach wieczornych, a nawet nocnych…
To nieprawda, że WIOŚ pracuje tylko za dnia. Możemy przyjechać na wizję nawet w nocy – i czasem to robimy. Bo jeśli dostajemy sygnał, że dany zakład prowadzi działania w godzinach nocnych, to sprawdzamy to na miejscu. Musimy jednak poinformować kontrolowanego, że chcemy do niego przyjechać i podać przedział czasowy prowadzenia kontroli, który określamy w dniach. Więc gdy wejdziemy na teren zakładu z kontrolą, to możemy również odwiedzić go w nocy.
Oczywiście, nie jest tak, że – prowadząc inspekcję u określonego przedsiębiorcy – nasi pracownicy spędzają u niego cały, wskazany w zapowiedzi kontroli czas. Często bowiem, w ramach czynności kontrolnych, wyjaśnia się pewne okoliczności m.in. w urzędach gmin, żeby np. zweryfikować dane zawarte w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego pod kątem funkcji przypisanej danemu terenowi i dopuszczalnego poziomu hałasu.
Zdarza się też, że podczas kontroli wszystko jest w porządku, a jak tylko skończymy działania, to znów pojawiają się skargi. Trzeba tu zwrócić uwagę na pewne prawne ograniczenie naszych działań kontrolnych, jakim jest konieczność zawiadomienia o zamiarze przeprowadzenia kontroli. Są tylko dwa wyjątki, kiedy możemy przyjść na inspekcję, bez wcześniejszej zapowiedzi, i przyznam, że gdy można korzystamy z tego udogodnienia. Taką okolicznością zwalniającą nas z obowiązku wcześniejszego powiadamiania o kontroli jest sytuacja, w której zachodzi podejrzenie popełnienia wykroczenia lub przestępstwa przeciwko środowisku, lub prawdopodobieństwo zanieczyszczenia środowiska. Jednak ze skargi musi to jasno i dobitnie wynikać. A zatem musi być bardzo dobrze opisany przedmiot skargi. I nie chodzi tu o nazwanie sytuacji wykroczeniem czy przestępstwem, bo taka ocena należy już do nas, chodzi o opisanie okoliczności, które zdaniem skarżących są nie do zaakceptowania.
To chyba i tak nie daje gwarancji skuteczności podjętej interwencji?
Zgadza się. Gdy prowadzimy kontrole zakładów bez zapowiedzi, bardzo często spotykamy kancelarie prawne, które kwestionują zasadność podjęcia kontroli w tym trybie. Pierwszą rzeczą, którą one podnoszą jako argument – w razie nałożenia kary – jest to, że WIOŚ nie miał wystarczających podstaw do tego, żeby przyjechać do zakładu bez zapowiedzi. I w sytuacji, w której okazałoby się, że faktycznie nadużyliśmy uprawnień, wszystkie nasze ustalenia i postanowienia kontroli, z mocy prawa, stałyby się nieważne.
Mamy zatem w przepisach furtkę, która pozwala nam wejść do zakładu bez wcześniejszego powiadomienia, ale – niestety – nie dano nam innego, bardzo ważnego narzędzia kontrolnego, a mianowicie możliwości – i dotyczy ona najczęściej pomiaru hałasu – nakazania właścicielowi zakładu jednoczesnego włączenia wszystkich urządzeń, żeby zbadać, jakie faktycznie emisje wywołują. To ograniczenie wpływa na efektywność naszych działań, szczególnie w odniesieniu do małych zakładów, warsztatów, gdzie jest kilka głośnych urządzeń (np. piły elektryczne, wiertarki, młoty) włączanych co jakiś czas. Bo jeśli kontrolujemy duże zakłady, gdzie są całe linie technologiczne, to zazwyczaj nie ma takiego problemu, gdyż przedsiębiorca musiałby zaprzestać produkcji na cały czas naszej kontroli, żeby uniknąć pomiaru rzeczywistej emisji. W takim przedsiębiorstwie maszyny po prostu muszą cały czas pracować. W małych zakładach słyszymy zazwyczaj, że urządzenia są włączane sporadycznie, w razie potrzeby, której w czasie kontroli nie ma. I to jest ewidentna słabość naszych przepisów. Od lat domagamy się ich zmiany, bo to my jesteśmy na pierwszej linii frontu i to my musimy się tłumaczyć ze słabości prawnych zarówno przed skarżącymi, jak i przed kontrolowanymi. Najgorsze jest to, że te niedociągnięcia prawne są komentowane przez społeczeństwo w taki sposób: „nie chce wam się robić albo nie umiecie znaleźć właściwego, zgodnego z prawem wyjścia”. Muszę przyznać, że nie jest przyjemnie słuchać tego rodzaju ocen, kiedy faktycznie wina wcale nie leży po naszej stronie.
Jednym słowem, określenie „policja ekologiczna” jest w odniesieniu do Inspekcji używane na wyrost…
Rzeczywiście, czasami nazywa się nas policją ekologiczną. Tymczasem WIOŚ jest organem administracji, zobowiązanym do stosowania zasad postępowania administracyjnego. Mimo różnych ograniczeń formalno-prawnych i niewielkich środków finansowych często udaje nam się zakończyć działania oczekiwanym przez nas i lokalną społeczność sukcesem. Tak było np. w przypadku pewnej przyzakładowej kotłowni, która „zasłynęła” w okolicy okresową emisją „czarnego dymu”. W trakcie naszej kontroli zakład tak ograniczył swoją działalność, że pomiary nie wykazały przekroczeń. Postanowiliśmy jednak spędzić tam całą dobę, tylko inspektorzy zmieniali się co osiem godzin. No i w końcu złapaliśmy przedsiębiorcę na przekroczeniach emisji zanieczyszczeń do powietrza. Przez pierwsze godziny kontroli przedsiębiorca przytrzymał emisję związaną z produkcją ciepła, ale nie mógł narazić zakładu na straty surowca. Więc żeby go nie zniszczyć, po kilku godzinach przestoju uruchomiono produkcję i udało nam się udowodnić przekroczenia. Innym razem udowodniliśmy zakładowi produkcyjnemu z branży spożywczej nielegalne wprowadzanie ścieków do środowiska. Przedsiębiorca wmawiał nam, że korzysta ze zbiorników bezodpływowych i że gromadzone w nich ścieki wywozi na oczyszczalnię. Przedstawiał też mocno zaniżone dane dotyczące zużycia wody. Po porównaniu deklarowanego zużycia wody, z deklarowaną ilością generowanych ścieków i wielkością produkcji dane te wydały się jednak niewiarygodne. W konsekwencji postanowiliśmy śledzić sposób postępowania ze ściekami. Po całodobowym pobycie w zakładzie potwierdziły się nasze podejrzenia: że zakład pobiera znacznie więcej wody i nielegalnie odprowadza nieoczyszczone ścieki do środowiska.
Te przykłady ilustrują, że na pewno nie jesteśmy ankieterami, choć – oczywiście – nie można wykluczyć pojedynczych przypadków, kiedy rzeczywiście inspektorzy tak się zachowują. Ilość i różnorodność kontroli, które przeprowadzamy, oraz bardzo mała liczba inspektorów sprzyjają, niestety, temu, żeby w przypadku kontroli, gdy sprawdzany zakład mamy już rozpoznany po wcześniejszych inspekcjach, pojawiła się u inspektora myśl: „dobrze, znam ten zakład, ostatnio było w porządku, to tylko zapytam, czy – w zakresie źródeł i wielkości emisji – jest tak jak było i odpuszczę”.
Ale chyba nie można poprzestać na ustnych zapewnieniach kontrolowanego?
Oczywiście, że nie. Wprawdzie inspektor musi wysłuchać kontrolowanego, ale powinien być przy tym nastawiony na weryfikację tego, co on mówi. Na zasadzie: ufaj i kontroluj. Wystarczy chociaż wyrywkowo sprawdzić, czy rzeczywiście wszystko jest „po staremu”, tym bardziej, że inspektorzy z doświadczeniem doskonale wiedzą, które elementy trzeba zweryfikować, żeby stwierdzić, czy instalacja funkcjonuje zgodnie z prawem. Muszę podkreślić, że podejście „ankieterskie” ma krótkie nogi. Mamy bowiem takie przykłady, że zakład był przez nas kontrolowany i wszystko było w porządku, a jakiś czas później pojawiła się skarga na tę firmę i to dotycząca komponentu, który dopiero co był kontrolowany. W dodatku z treści skargi wynikało, że już w czasie tej kontroli stan faktyczny nie mógł być taki, jak zapisany w protokole, i okazało się, że została ona przeprowadzona niedokładnie. Taka sprawa zawsze wróci do inspektora, który przeprowadził kontrolę, i to jeszcze z pretensjami od nas – jego przełożonych.
Muszę też dopowiedzieć, że nie jest tak, że jeden inspektor stale kontroluje te same zakłady. Stąd też zdarza się, że bardziej wnikliwa osoba dopatrzy się czegoś, czego nie dostrzegł poprzedni kontrolujący. I ten skrupulatniejszy inspektor stwierdza, że protokół poprzedniej kontroli nie zawiera wielu elementów, które powinny być w nim ujęte, albo wręcz, że zawiera sformułowania niezgodne ze stanem faktycznym. To są dla nas trudne sytuacje, ale na szczęście są one rzadkie. Co wówczas robimy? Działamy zawsze tak samo: jeśli popełniliśmy błąd i go odkryliśmy, to od razu go naprawiamy. Na pewno tkwienie w błędzie po to, żeby nie popsuć sobie wizerunku, jest złą strategią.
W moim przekonaniu niejednokrotnie te nieprawidłowości w kontrolach biorą się stąd, że inspektorzy zdają sobie sprawę z tego, że jeśli u kontrolowanego zauważą wszystkie problemy, to będą mieli w związku z tym więcej pracy. Więcej stwierdzonych uchybień oznacza znacznie szerszy protokół i konieczność zastosowania wielu narzędzi postępowania pokontrolnego. Do tego – w przypadku stwierdzenia w kontrolowanym zakładzie wykroczeń – dochodzi konieczność ukarania przedstawiciela zakładu mandatem, co mimo wszystko – dla części inspektorów – jest sytuacją nieprzyjemną.
Czyli duże znaczenie odgrywa tutaj tzw. czynnik ludzki?
Oczywiście, że tak. I właśnie po to, by wzmocnić pozytywnie jego oddziaływanie i ograniczać błędy, szkolimy naszych inspektorów. Chodzi przy tym także o pewną standaryzację podejścia do określonych kwestii. W naszym województwie jest pięć oddziałów WIOŚ-u i zależy nam na tym, żeby każdy inspektor tak samo traktował sprawy o tym samym charakterze i wykorzystywał dostępne i mające zastosowanie w konkretnych sprawach narzędzia. To jest jeden organ i nie może być problemem to, że jest reprezentowany przez 60 osób. Chcę podkreślić, że nasza dążność do standaryzacji powoli przynosi efekty.
Wracając jednak do kwestii „czynnika ludzkiego” i jego znaczenia dla funkcjonowania Inspekcji, to należy wskazać, że każdy inspektor realizuje kontrole planowe i pozaplanowe. Plany kontroli są ustalane na dany rok z wyprzedzeniem. Oznacza to, żekażdy inspektor z góry wie, jaką liczbęzaplanowanych kontroli będzie musiał zrealizować w ciągu roku. Do tego dochodzą jeszcze skargi, których średnio mamy po 800 rocznie. Jeżeli podzielimy tych 800 skarg przez 60 inspektorów, to okaże się, że każdy inspektor wykonuje jeszcze 13 kontroli interwencyjnych. Oczywiście, nie zawsze załatwiamy interwencję poprzez kontrolę, bo spośród tych skarg ok. 100 spraw nie leży w naszych kompetencjach, jednak na wszystkie musimy odpowiedzieć. Czasem zdarza się, że skarga dotyczy zakładu, który jest akurat kontrolowany, albo dopiero co był przez nas „prześwietlany”, więc możemy szybko odpowiedzieć. Ale pozostałe skargi wiążą się z koniecznością jazdy w teren. I to są kontrole nieplanowane. Na taką nieplanowaną kontrolę nie zawsze jedzie „wolny” w tym momencie inspektor. Musimy bowiem brać pod uwagę kompetencje inspektów w odniesieniu do przedmiotu skargi. Jeśli sprawa dotyczy kilku komponentów, to po rozpoznaniu w terenie dokonanym przez jedną osobę wysyłamy tam cały zespół. Do tego dochodzą jeszcze wnioski o przeprowadzenie kontroli, kierowane do nas przez Głównego Inspektora Ochrony Środowiska (GIOŚ – przyp. red.), np. związane z międzynarodowym przemieszczaniem odpadów oraz przez inne organy ochrony środowiska. Jesteśmy też proszeni o prowadzenie kontroli wskazanych podmiotów i w określonych zakresach, gdy działania z obszaru ochrony środowiska podejmuje np. Najwyższa Izba Kontroli (NIK – przyp. red.). Takie sytuacje miały miejsce choćby wtedy, gdy NIK kontrolował gospodarowanie odpadami komunalnymi czy funkcjonowanie ferm zwierząt futerkowych.
Problemem w naszych działaniach jest pośpiech, w jakim pracujemy. Wynika on z liczby kontroli, które musimy przeprowadzić. W pewnych sytuacjach żąda się od nas wyjątkowych działań pozaplanowych, np. gdy pojawia się jakieś zastrzeżenie Komisji Europejskiej wobec Polski i Ministerstwo Środowiska potrzebuje konkretnych informacji, by móc odpowiedzieć na zarzuty. Wtedy musimy w trybie superpilnym przeprowadzić określone kontrole.
Kontrole pozaplanowe zawsze są trudniejsze, a w dodatku często okazuje się, że kontrola jednego zakładu generuje konieczność sprawdzenia innego podmiotu. Jeśli np. kontrolowany pokazuje nam karty przekazywania odpadów, a nam coś w nich „nie gra”, to automatycznie kontrolujemy instalację, która miała te odpady przyjąć. Tak z jednej kontroli robią się już dwie. Czasem wymaga to weryfikacji jeszcze trzeciego podmiotu, np. transportującego, który nierzadko okazuje się być firmą fikcyjną. Wychodzi wówczas na jaw, że odpady wożone były w miejsca, do których nie powinny trafić, a dokumentacja jest sfałszowana. Zaczyna się wtedy szukanie drogi, jaką pojechały odpady. Takie kontrole stają się wówczas priorytetowe, nawet przed kontrolami planowymi.
Takie dodatkowe działania, nieujęte w planie, niezaprzeczalnie wiążą się z nieprzewidzianymi kosztami…
To prawda, a nasz budżet jest ograniczony. Ma to znaczenie zwłaszcza w sytuacji, gdy musimy przeprowadzić badania lub pomiary, a w przypadku braku akredytacji na oznaczenie konkretnych zanieczyszczeń zlecić ich wykonanie, co jest kosztowne. Nigdy jednak nie było takiej sytuacji, żebyśmy zarzucili wykonanie koniecznych analiz z powodu braku pieniędzy.
Mówiła Pani, że ważny jest „czynnik ludzki”. Jak zatem wygląda zarządzanie kadrą?
Do pracy przyjmujemy tylko osoby, które ukończyły studia wyższe, ale nie tylko po specjalnościach związanych stricte z ochroną środowiska. Chętnie zatrudniamy też innych specjalistów, np. chemików (kontrolujemy zakłady produkujące lub używające substancje chemiczne), czy„rolników” (bo jest dobrze, gdy inspektor potrafi rozróżnić gnojówkę i gnojowicę). Przyjmujemy zatem ludzi, którzy wydają się być przygotowani do tej pracy. Okazuje się jednak, że nie do końca tak jest. Nowi inspektorzy posiadają wiedzę ogólną, ale mają małe pojęcie o stosowanych rozwiązaniach technicznych, nie mówiąc już o procedurach przeprowadzania kontroli czy procedurze postępowania administracyjnego. W bardzo ograniczonym zakresie znają też prawo materialne z dziedziny ochrony środowiska. Jeśli chodzi o rozwiązania techniczne, to zdecydowanie lepiej wypadają tu absolwenci politechnik, po kierunkach dotyczących ochrony bądź inżynierii środowiska.
Trzeba jednak jasno powiedzieć: przyjmowane do pracy osoby nie są jeszcze inspektorami, których można wysłać na kontrolę. Mogą one być dobrym materiałem na inspektorów, pod warunkiem, że będą chciały się nadal uczyć. A na czym polega przygotowanie inspektora? Osoba przyjęta na to stanowisko musi się nauczyć stosowania w praktyce zasad postępowania administracyjnego, musi poznać i umieć przeprowadzić kontrolę, znać przepisy prawa ochrony środowiska i umieć je odnieść do danego stanu faktycznego. Nowi pracownicy jeżdżą na kontrole z doświadczonymi inspektorami, po to by poznać metodykę kontroli, a równolegle poznają dokumentację spraw i odpowiednie przepisy.
Taki okres przygotowawczy trwa kilka miesięcy, a kiedy naczelnik inspekcji uzna – również na podstawie rozmów i opinii innych pracowników – że taki pracownik jest gotów, to wysyła go na kontrolę, którą prowadzi samodzielnie, ale z udziałem doświadczonego pracownika. Dopiero po przejściu tego okresu przygotowawczego nowy pracownik może zacząć sam jeździć na kontrole.
Podnoszenie kompetencji nie dotyczy tylko osób nowozatrudnionych, bowiem uczymy się wszyscy. Wymuszają to choćby nieustannie zmieniające się przepisy. Uczą nas również kancelarie prawne występujące w imieniu kontrolowanych przez nas podmiotów. W tym zakresie nauka bywa zarówno szybka jak i – czasem niestety – bolesna. Organizujemy też szkolenia wewnętrzne, które prowadzą nasi pracownicy m.in. radca prawny lub wspomniani wcześniej inspektorzy-koordynatorzy tematów. Pracownicy bardzo sobie cenią te szkolenia, bo są one ukierunkowane na zagadnienia praktyczne i wymianę doświadczeń. Pożyteczne są też szkolenia organizowane przez GIOŚ.
Niestety, praca w Inspekcji ma jedną, za to okropną wadę. Jest bardzo niskopłatna. Młodzi ludzie decydują się na nią, bo chcą pracować w swoim zawodzie, bo czują pewną misję, ale inspektorowi po studiach, przez pierwszy rok, możemy zaoferować pensję w wysokości najniższej krajowej, a i później niewiele więcej. W mojej ocenie to wstyd, żeby przedstawiciel administracji rządowej, człowiek po studiach, od którego bardzo wiele się wymaga, zarabiał tak mało.
Nie można się zatem dziwić, że inspektorzy, których kształcimy i którym staramy się zapewnić dobre warunki pracy odchodzą. Nie jesteśmy w stanie ich zatrzymać, nie możemy konkurować z firmami, które zabierają nam inspektorów oferując kilkaset złotych więcej i inne przywileje socjalne. Ustalając plany kontroli, zawsze zadajemy sobie pytanie: czy za kilka miesięcy, kiedy przyjdzie moment na realizację wyznaczonych w nich zadań, ten pracownik, któremu je powierzyliśmy, będzie jeszcze w Inspekcji pracował?
Dziękuję za rozmowę
Rozmawiał Piotr Strzyżyński
fot. na otwarcie pixabay.com













