Mimo przeszło półtorarocznego obowiązywania znowelizowanej ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach, która miała zniwelować zjawisko pojawiania się dzikich wysypisk śmieci, nadal w lasach czy na poboczach dróg można znaleźć nielegalnie porzucone odpady. Niestety, tylko w przypadku nielicznych udaje się szybko odnaleźć sprawcę i zmusić go do uporządkowania terenu. Tak stało się w ubiegłym tygodniu w Poznaniu.
Mieszkaniec jednej z podpoznańskich miejscowości zgłosił do Straży Miejskiej w Poznaniu, iż nieopodal lotniska ktoś wyrzucił worek pełen odpadów. Tego samego dnia strażnicy pojawili się na miejscu zdarzenia. Funkcjonariusz otworzył worek i sprawdził jego zawartość, poszukując adresu właściciela śmieci. Były tam rozmaite odpady, najprawdopodobniej pochodzące z porządkowania nieużywanego pomieszczenia, a wśród nich stary dzienniczek ucznia z pobliskiej szkoły podstawowej. Jak się okazało, był to pierwszy, ale nie jedyny trop wskazujący na ewentualnego sprawcę. Przeszukując najbliższą okolicę, funkcjonariusz znalazł bowiem jeszcze w czterech miejscach kolejne worki, a w każdym z nich dokumenty wskazujące na tę samą osobę – kobietę zamieszkałą w Skórzewie. Były tam wyciągi bankowe, rachunki i faktury na zakup materiałów budowlanych oraz przesyłki pocztowe.
Jeszcze tego samego dnia strażnik skontaktował się z właścicielką porzuconych dokumentów, która początkowo nie przyznała się do winy. Jednak „twarde” dowody w ręku strażnika spowodowały, iż winna przyznała, że faktycznie odpady te pochodzą z jej domu.
Wszystkie śmieci zostały natychmiast posprzątane. Po oddzieleniu odpadów objętych segregacją, pozostałe trafiły do pojemnika w miejscu zamieszkania. A koszty to… wstyd i 300-złotowy mandat.













