Przyrodnik pracujący na kierunku „Turystyka i Rekreacja” to dla wielu jego kolegów „po fachu” zdrajca! Turysta bowiem jest odbierany w tych kręgach, jako niespecjalnie rozgarnięty osobnik z „idiot kamerą”, robiący zdjęcia typu: „ja i reszta świata”, by założyć album pt. „Było się” i, oczywiście, wrzucić fotki na portale społecznościowe. Taki turysta najchętniej wchodzi tam, gdzie nie wolno, śmieci, hałasuje i zabiera przyrodnicze „pamiątki”. Dla przyrodnika, szczególnie tego, który zajmuje się czynną ochroną środowiska to druga strona barykady. Słowem – „wróg numer jeden”.
Naturalnie, trudno się dziwić tej niechęci, gdyż tak nakreślony obraz turysty często nie odbiega od rzeczywistości i pewnie każdy mógłby podać przykłady, które go potwierdzą. A liczby pozornie uspokajają. Jeśli bowiem czytamy, że przemysł przyczynia się do degradacji środowiska przyrodniczego w 40%, budownictwo – w 20%, rolnictwo – w 15%, a turystyka „jedynie” w 5-7%1, to rodzi się pytanie: o co właściwie tyle szumu? Sęk w tym, że wymienione sektory realizują się w przeznaczonych dla siebie (i często tylko dla siebie) miejscach, a turystyka? Wszędzie…
Turystyka jako wyzwanie i przygoda
Problem w tym, że turystę niejednokrotnie interesują miejsca cenne, często najcenniejsze z punktu widzenia zarówno antropogenicznego, jak i przyrodniczego. Tymczasem czy ktoś budował zamki, pałace, kościoły i inne tego typu zabytkowe obiekty z myślą o tym, że będą po nich „biegali” turyści? Czy jeziora, w których pływają, lasy, po których wędrują, są ich własnością? Czy zarządza nimi jakaś organizacja turystyczna? Czy przyczyną powstania i funkcjonowania obszarów chronionych jest turystyka, zwłaszcza w kontekście jej masowości?
Jednocześnie można odnieść wrażenie, że masowy ruch turystyczny stał się „dyżurnym straszakiem” i usprawiedliwieniem dla „wyczynów” turystyki specjalistycznej. Skutkuje to tym, że student kierunku turystyczno-rekreacyjnego jako największe zagrożenie dla obszarów cennych zazwyczaj wymienia jednym tchem masowy charakter ruchu. Tymczasem rzeczywiście masowy ruch turystyczny przetoczył się przez świat jak walec, niszcząc i zawłaszczając dużą ilość obszarów, a pozostawiając nietknięte stopą ludzką jedynie enklawy. Ale czy dziś typowy turysta masowy (ego turisticus vulgaris – rysunek) rzeczywiście stanowi zagrożenie? Przecież jeśli damy mu leżaczek nad basenem i drinka z palemką, to nie ruszy się z takiego „hotelowego getta” przez dwa tygodnie! Tworzenie miejsc dla ruchu masowego pozwala na odwrócenie uwagi i skoncentrowanie dużej liczby osób z dala od miejsc cennych. Aktualnie większym problemem jest fakt, że enklawy, które pozostały po erze ruchu masowego, znalazły się w polu zainteresowań specjalistycznych form turystyki.
Rys. R. Kurczewski (wg Wim de Ruiter’a). Czy dziś typowy turysta masowy (ego turisticus vulgaris) rzeczywiście stanowi zagrożenie dla środowiska przyrodniczego?
Turystyka jako wyzwanie i przygoda to współczesny trend. Przy takiej modzie brak kontroli, świadomości, odpowiedniego zagospodarowania i przygotowanych kadr skutkuje degradacją najcenniejszych fragmentów środowiska w bardzo szybkim tempie, a co gorsza – w nieodwracalny sposób. Posługiwanie się przy tym hasłem „przyjazności środowisku” uspokaja sumienia i usprawiedliwia stosowane rozwiązania. Wystarczy spojrzeć na turystykę rowerową. Opony rowerów trekkingowych czy górskich są w stanie bardzo szybko zedrzeć wierzchnią warstwę gleby, doprowadzając do silnej erozji. Swoją drogą, obserwując cyklistów w górskich parkach narodowych, nasuwa się pytanie, co widzieli podczas jazdy. Sądząc po prędkości, z jaką się poruszali, to chyba niewiele, poza licznikiem prędkości. A zatem czy obszary chronione powinny być areną wyczynów sportowych?
Obok degradacji środowiska dochodzi do tego problem bezpieczeństwa, który pojawia się zwłaszcza tam, gdzie mamy do czynienia z łączeniem tras np. pieszych z rowerowymi, co w Polsce zdarza się dość często. Zapewne wielu turystów pieszych, szczególnie przewodnicy prowadzący grupy dzieci, mogłoby podzielić się swoimi „wrażeniami” z takich „spotkań”.
Oczywiście, dotyczy to również wielu innych form, określanych mianem „przyjaznych”, np. turystyki konnej, wspinaczkowej, kajakarskiej, nurkowej czy speleologicznej. I nie jest to absolutnie sprzeciw wobec ego typu aktywności. Bo tak naprawdę środowisku przyjazny jest (lub nie) człowiek, a nie forma turystyki, jaką uprawia. Warto też zauważyć, że rosnąca popularność wielu z nich nieuchronnie prowadzi do masowości. Dotyczy to, naturalnie, w tej samej mierze ofert ekoturystycznych, a w zasadzie tych pseudoekoturystycznych. Dlatego tak wiele definicji przytoczonych w artykule pt. „Ekoturystyka? Ale o co chodzi?” mówi o tym, że jednym ze znaków rozpoznawczych ekoturystyki jest „świadome wędrowanie”.

Fot. 2 x P. Strzyżyński. Tak naprawdę środowisku przyjazny jest (lub nie) człowiek, a nie forma turystyki, jaką uprawia.
Turystyczne zagrożenia
By mieć świadomość, jak wiele zagrożeń niesie za sobą ruch turystyczny, warto określić te najistotniejsze2.
Pierwszym jest degradacja gleby. Wycinka roślinności wysokiej i odsłanianie dużych fragmentów pod budowę tras turystycznych i narciarskich, wydeptywanie i rozjeżdżanie (w tym również skracanie tras przez turystów) prowadzą do erozji, co w skrajnych wypadkach kończy się osunięciami i lawinami. Zjawisko jest tym silniejsze, im większy jest kąt nachylenia terenu, dlatego najczęściej obserwowane jest w obszarach górskich, ale również wyżynnych czy polodowcowych. Jego powszechność oraz problemy, jakie za sobą niesie, doprowadziły do stosowania w literaturze określenia „erozja turystyczna”3. Powstrzymanie tego procesu jest niezwykle problematyczne, z uwagi na zniszczenie roślinności, która najskuteczniej go hamuje. Jednocześnie ciężko się go również odwraca, gdyż mocno zbita gleba znacznie ogranicza swoje zdolności absorpcyjne. W efekcie woda spływa bądź zalega w obniżeniach terenu, co istotnie utrudnia, a czasem wręcz uniemożliwia ukorzenianie. Spływające wody roztopowe i opadowe wypłukują też szereg składników mineralnych, niezbędnych dla życia roślin, w tym wielu gatunków cennych. I tak przewracają się kolejne „klocki domina”, prowadząc do katastrofy.
Drugim zagrożeniem, jakie niesie za sobą masowa turystyka, jest wyczerpywanie zasobów wodnych. Należy bowiem mieć na uwadze fakt, że przy budowie dużych obiektów turystycznych, stawianych na głębokich fundamentach, dochodzi do obniżania poziomu wód gruntowych, a późniejsza ich eksploatacja przekłada się na zużywanie ogromnych ilości zasobów wodnych w związku z funkcjonowaniem bazy noclegowej i gastronomicznej, basenów czy pól golfowych. W terenach górskich, gdzie niejednokrotnie w sposób naturalny występuje problem deficytu wody, wykorzystuje się jej wyjątkowo dużo w celu sztucznego naśnieżania (zwłaszcza przy dzisiejszych zmianach klimatycznych). Prowadzi to zresztą nie tylko do nadmiernego zużycia wody, ale także do degradacji gleby, bowiem sztuczny śnieg to nie puch, lecz kryształki lodu, które przy przeciążeniu stoku zbyt dużą liczbą „krawędziujących” narciarzy, ścierają wierzchnią warstwę gleby jak papier ścierny. W efekcie zostaje zdarta roślinność, tworzą się rowy erozyjne i powstają, wspomniane wcześniej, lawiny błotne. Tragicznym przykładem jest włoska dolina Veltlin, gdzie w 1987 r. osunęło się zbocze narciarskie, a lawina błota i kamieni zeszła na trzy wioski, zabijając 27 osób4. Co więcej, chemikalia użyte przy produkcji sztucznego śniegu wpływają na opóźnienie wegetacji, dostając się do eko- i agroekosystemu wraz z roztopami. Ze zużywaniem wody w obiektach turystycznych nierozłącznie wiąże się produkcja ścieków. Niestety, wiele z nich trafia do środowiska bez oczyszczenia, doprowadzając do skażenia gleb i wód.
Masowa turystyka pociąga za sobą również zanieczyszczenie powietrza, spowodowane głównie przez transport. Trzeba bowiem wiedzieć, że ponad 65% transportu lotniczego i drogowego odbywa się właśnie w związku z turystyką.
Kolejne zagrożenia wiążą się ze zużyciem energii (gość hotelowy zużywa o 1/3 energii więcej od stałego mieszkańca, a jednocześnie pobór rośnie wraz ze wzrostem standardu) i masowo generowanymi odpadami. Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że tam, gdzie turyści, tam są i odpady.

Fot. Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że tam, gdzie turyści, tam są i odpady.
Niepożądanym zjawiskiem, które wiąże się z masową turystyką, jest też przekształcanie krajobrazu. Dochodzi do niego podczas przeznaczania przestrzeni pod infrastrukturę turystyczną, np. przy wycinaniu lasów. Ponadto w trakcie zagospodarowywania terenu pod turystykę mamy często do czynienia z naruszaniem ładu przestrzennego w wyniku braku kompozycji bazy turystycznej z krajobrazem.
Wreszcie nie można zapominać o zmianach w obszarze bioróżnorodności. Turyści bezpośrednio niszczą pojedyncze rośliny i całe siedliska, zabijają zwierzęta, płoszą je i zakłócają im wędrówki czy sen zimowy. Doprowadzają też do synantropizacji i przyczyniają się do rozprzestrzeniania gatunków obcych dla danego ekosystemu, zagrażających rodzimej florze i faunie. Odbywa się to zarówno w wyniku świadomego działania – poprzez „zwrócenie wolności” zwierzętom czy roślinom, bądź przemycanie ich, jako „pamiątki z podróży”, jak i nieświadomie, gdy ich transport odbywa się bez wiedzy turysty w bagażu czy na butach, ubraniach (np. nasiona roślin czy zarodniki grzybów).
Szalony pomysł?
Trzeba mieć świadomość, że każdemu z tych problemów poświęca się odrębne badania, więc o każdym z nich można pisać z osobna. Wszystkie jednak wskazują na rangę i powszechność niekorzystnych zjawisk, wynikających z rozwoju turystyki. Można wręcz odnieść wrażenie, że „stoimy przy ścianie” i pozostały tylko dwa wyjścia – zrezygnować z turystyki w ogóle albo ją zmienić. I tu na arenę wkracza ekoturystyka. Wśród wielu cech charakterystycznych, różniących tę formę od dotychczasowego postrzegania turystyki, silnie akcentuje się działania na rzecz ochrony przyrody. W pierwszej chwili pomysł wydaje się szalony, bo oto coś, co dotąd niszczyło środowisko przyrodnicze, ma stać się nagle narzędziem jego ochrony. Jednak warto pamiętać, że turystyka jest zjawiskiem powszechnym i pozwala dotrzeć do bardzo szerokiego grona odbiorców. Wiedza, przekazywana na różne sposoby, szczególnie podczas aktywnego wypoczynku, zabawy, tak „przy okazji”, wydaje się najlepiej przyswajalna i często ma charakter praktyczny. Czy więc wyjazdy turystyczne nie są najlepszym momentem i miejscem na kształtowanie świadomości ekologicznej ludzi? Wiele wskazuje na to, że tak. Coraz więcej ofert turystycznych prezentuje przestrzeń przyrodniczą w miejscach, które odwiedzają turyści. Są one tak konstruowane, by – poza przyjemnością, którą przynosi obcowanie z naturą – zwracać uwagę na zagrożenia, uczyć odpowiedzialności za stan środowiska i prezentować działania, które można podjąć w celu jego ochrony. Coraz częściej odwiedzane są ośrodki, w których pracuje się nad ratowaniem konkretnych gatunków ginących w naturze.
Doskonałym miejscem do rozwijania ekoturystyki jest baza agroturystyczna. Najważniejsze jest przygotowanie samego obiektu i jego otoczenia, by już tutaj zetknąć turystę z dziką przyrodą i jej aktywną ochroną. O tym, jak to zrobić, będzie traktowała druga część artykułu.
Fot. na otwarcie www.freeimages.com
Źródła
1. Kamieniecka J.: Ekopolityka w turystyce. Raport o zmianach możliwych i potrzebnych. Warszawa 1998.
2. Zagrożenia wynikające z turystyki dla środowiska przyrodniczego. http://natura2000.org.pl
3. Gołaszewski M., Rojan E., Tsermegas I.: Wpływ wybranych elementów środowiska przyrodniczego na stan szlaków turystycznych w Dolinie Pięciu Stawów Polskich [w:] Nauka a zarządzanie obszarem Tatr i ich otoczeniem. Tom III. Zakopane 2010.
4. Kulik R.: Ziemia mój jedyny dom. Mikołów 2009.













