Recykling Rejs – Bałtyk 2015 r., którego głównymi bohaterami byli Dominik Dobrowolski i jego kajak, rozpoczął się drugiego a zakończył 17 lipca br. Dziennik wyprawy był już, co prawda, prezentowany na stronach portalu SOZOSFERA.pl („Recykling Rejs Bałtyk 2015 – dziennik wyprawy na półmetku”, „Recykling Rejs Bałtyk dobił do ostatniego portu“), jednak nie mniej ciekawa wydaje się jego wersja z przymrużeniem oka. Zachęcamy do lektury!
Od pięciu lat sprzątam rzeki i walczę z ich zaśmieceniem. W ten sposób – wspólnie z Fundacją PlasticsEurope Polska – realizuję projekt „Recykling Rejs”. Za każdym razem, po drodze, namawiam wszystkich: „gdziekolwiek jesteś, pozostaw po sobie wyłącznie odcisk stóp na piasku, ale nie śmieci”!
Moja recyklingowa przygoda z kajakiem rozpoczęła się w 2011 r., kiedy przepłynąłem nim Odrę, a rok później – Wisłę. W 2013 r., zmotywowany przez Monikę Łaskawską (magazyn „Wiosło”) jej już historyczną wyprawą, wiosłowałem na ukos z Tarnowa do Szczecina przez Dunajec, Wisłę, Brdę, Noteć, Wartę i Odrę. W następnym roku „Recykling Rejs” miał już wymiar międzynarodowy – z Warszawy do Brandenburga nad Beetzsee przez Berlin wiosłowałem pod patronatem Prezydenta RP. W tym roku zaś wypłynąłem na głębię, choć nie za głęboko, bo wzdłuż wybrzeża ze Szczecina do Gdyni. Oprócz Fundacji PlasticsEurope Polska dołączyła do mnie Organizacja Odzysku Rekopol, która promowała wyprawę wśród nadmorskich samorządów.
Szlakiem szczecińskiego chmielu
1.07 (środa).
W kapitanacie w Szczecinie zgodzono się, abym na noc zostawił swojego pięciometrowego seayaka pod dachem. Przyjechałem z nim wieczorem w wynajętej ciężarówce z Wrocławia. Pomogła mi zaprzyjaźniona firma MELACO z Nowej Soli. Noc zaś, już tradycyjnie, przewędrowałem z Jakubem Szuminem z Federacji Zielonych Gaja szlakiem szczecińskiego chmielu. Swoją drogą, kiedyś też przewędrowaliśmy nadmorskim szlakiem, tyle, że wówczas, idąc plażami zbieraliśmy aluminiowe puszki.
Szczecin nie leży nad morzem
2.07. (czwartek).
Oficjalnie rozpoczynam wyprawę w mikrobasenie przy ul. Jana z Kolna 9. W sumie dosyć dobry dojazd i wygodne wodowanie. Polecam to miejsce na start. Wcześniej jednak należy poprosić kapitanat o zgodę. Jak zawsze, zaprosiłem media i – wspólnie z Kazimierzem Borkowskim, szefem Fundacji PlasticsEurope Polska – opowiadamy o zaśmieceniu rzek i Bałtyku oraz namawiamy do recyklingu. Media dopisują (m.in. TVP Szczecin, Radio Szczecin i Gazeta Wyborcza). Niektórzy w Warszawie nie wiedzą, więc przypominam: Szczecin nad morzem nie leży. Woduję się na Odrze. Pierwszy etap, a w sumie trzy, rozgrzewkowe. Dziś ok. 25 km. Zakończył się w porcie rybackim w Trzebieży nad Zalewem Szczecińskim. Trasa: Odrą zachodnią z ominięciem Jeziora Dąbie. Nurt prawie zerowy, pogoda doskonała. Widoki do Polic to praktycznie cały czas zabudowa portowa i infrastruktura (na lewym brzegu), a po prawej – więcej zieleni. Port w Trzebieży też po lewej, slip w głębi bardzo wygodny, a bosman już z daleka widział mnie przez lornetkę. Wcześniej pisaliśmy do siebie, więc wszystko wie. Bardzo gościnny. Mogę rozbić namiot, skorzystać z sanitariatów. Prysznica brak, ale są czyste umywalki i toalety. Na miejscu kilka sklepików i knajpek, żadnych problemów z zaopatrzeniem czy doładowaniem komórki.
Długowłose Słowianki
3.07 (piątek). Trzebież – Wolin.
Drugi etap prowadził przez Zalew Szczeciński. Około 20 km, ale bardzo gorąco. Szukam śmieci, w wodzie na otwartej przestrzeni ich nie widzę. Widać jednak efekt eutrofizacji, świadczący o zbyt dużym zanieczyszczeniu biogenami (P, N, K). W szuwarach i na dzikich plażach widoczne odpady opakowaniowe (puszki po piwie, opakowania szklane, drobne elementy z tworzyw). Trzymam się dziś prawej strony, przebijam się przez trzcinowiska wychodzące daleko w zalew. Trzeba wpłynąć na Dziwną rzekę. W Wolinie zatrzymałem się w nowej marinie z pełną infrastrukturą. To „nówka nieśmigana”, choć jest kilka poprawek, np. dopiero od przyszłego roku będzie można tu również skorzystać z pokoi gościnnych. Po drugiej stronie wioska Prasłowian, z której machają do mnie długowłose, odziane w lniane stroje Słowianki. Rzucam się w pław. Tak sobie pomarzyłem…, a naprawdę rozbijam namiot. Z tą wioską, a dokładnie zrekonstruowanym grodem, to prawda – jest po drugiej stronie. Idę na miasto, a właściwie pełznę, snuję się, bo jest tak strasznie gorąco, że marzę tylko o cieniu i zimnym piwie. Na miejscu kilka atrakcji (choćby gród i słowiańskie łodzie, wolińskie muzeum), ale to miasto tranzytowe, ruch na Świnoujście i Międzyzdroje, i trochę zaniedbane. Szkoda.
Dziwna rzeka
4.07 (sobota). Wolin – Dziwnów.
Szósta, jestem w kajaku. Słońce już grilluje, a co będzie w południe? Trzeci etap prowadzi dalej Dziwną. Można trzymać się lewej, ale ja po prawej wpływam na Zalew Kamieński, nadrabiam drogi, trzymając się trzcinowisk, zwiedzając zakola, zatoczki i nenufarowe łąki. Ostatecznie wiosłuję jednak do portu jachtowego w Dziwnowie, z przystankiem w marinie w Kamieniu Pomorskim. W sumie ok. 25 km. Na rzece Dziwnej zwiększony efekt eutrofizacji. Czasami tworzą się obrzydliwe warstwy glonów, sinic i obumierającej przyrody. Wciąż za dużo ścieków, w tym zawartości nieszczelnych szamb, i nawozów trafia do wody! Zawijam do Kamienia. Obiekt nowy, z pełną infrastrukturą. Kajakiem można przycumować do pomostów. Są one jednak zamykane i – chcąc się ponownie dostać – trzeba poprosić bosmana o otwarcie furtki. Żar leje się z nieba. Przemykam przez miasteczko, chowając się w cieniu. Jest zadbane i nawet sporo ludzi nad wodą. Aby dostać się do Dziwnowa, trzeba z Zalewu Kamieńskiego skręcić na lewy brzeg, gdzie Dziwna ostro skręca już do morza. Dopływam do mariny. Nowoczesna, przepięknie zaprojektowana, w kształcie podkowy, bez ingerencji w rzekę. Polecam. Teoretycznie nie ma miejsca na namioty, praktycznie – bosman bardzo życzliwy i pomocny, pozwala mi się rozbić na cyplu przy rzece. Na miejscu wszystko, czego mi potrzeba: prognoza pogody, knajpka, prysznice itp. Na mieście, na plaży bardzo dużo turystów i śmieci, które nie mieściły się w pojemnikach. Rybacy na kutrach jednak prowadzą segregację, mają też tabliczki informacyjne o zakazie wyrzucania śmieci do morza. Dziś dzień rybaka, można popływać kutrami, postrzelać flarami i poucztować. Skorzystałem z tego pierwszego.
PS. Te pierwsze trzy „słodkowodne” dni będę wspominał z nostalgią, jak beztroskie lata dziecięce, bo już za chwilę kubeł zimnej wody i skończę „18 lat”.
Ten pierwszy raz
5.07 (niedziela). Bałtyk.
Przyznaję się bez bicia, nie pływałem jeszcze po morzu kajakiem. A powinienem potrenować! Mieszkanie pod Wrocławiem nie sprzyja jednak morskim treningom. Czwarty etap prowadzi wzdłuż wybrzeża do portu w Mrzeżynie (ok. 40 km). Wypływam o 6.30. Z zachodu ciemne chmurzyska i grzmi, ale morze gładkie. W razie czego, ewakuuję się na plażę – tak myślę. Za główkami falochronu skręcam na prawo i już do końca wyprawy praktycznie tylko płynę na wschód (tam przecież musi być jakaś cywilizacja!). Stan morza 1-3 B. Płynę ok. 1 km od brzegu. O 12.00 morze już nieźle huśta, co kilka minut powtarza się seria kilku większych fal, które zakrywają horyzont. Burza przeszła bokiem. Nie ma czasu na podziwianie wybrzeża, skupiony jestem tylko na wiosłowaniu i kontrolowaniu fal. W końcu to mój pierwszy raz. Przed portem w Mrzeżynie kontaktuję się z kapitanatem, prosząc o zezwolenie na wpłynięcie. Przy wejściu więcej załamujących się i stojących fal, trzeba uważać. Jak się później okaże – zawsze trzeba uważać (na wszystko i przy każdym porcie). Na prawym brzegu, za mostem kemping ze slipem (ale bardzo stromym, kajak się zsuwa), bez pomocy trudno się samemu wygrzebać na górę. Sam kemping lekko zapyziały, ale rozbijam namiot przy rzece Rega. W Mrzeżynie mnóstwo turystów. Przy falochronie bardzo dużo glonów, efekt eutrofizacji. Na plaży w Mrzeżynie ustawione pojemniki na śmieci, w piasku drobne odpady. Coś mnie kręci w nosie, idzie na zmianę. Na rano umówiłem się z bosmanem, aby sprawdzić prognozę.
Nokaut z pożegnaniem sandałów
6.07. (poniedziałek). Mrzeżyno – ewakuacja na plażę przed Dźwirzynem.
Piąty etap miał poprowadzić do Kołobrzegu. Byłem gotowy już o szóstej, ale czekałem do siódmej, aby mieć aktualną prognozę pogody. Niestety, wieje. Bosman mówi, że chyba dam radę. Stan morza 3-6 B. Powinienem jednak napisać: 6-3. Już w kanale portowym zaczyna mną rzucać – krzyżowe fale i wiatr. Przy główkach falochronu widzę i słyszę trzaski i wysokie na 3 m bryzy uderzających fal. Dość deprymujące. Nie ma „zlituj się”, wiatr i fale robią, co chcą. Mimo maksymalnie wyciśniętego i skręconego steru na prawo, zamiast ustawiać się rufą do fal, co chwilę jestem do nich ustawiony równolegle. Nierówna walka trwa godzinę. Później… Nokaut. Widzę tylko niebo i załamującą się falę wysoko nad głową. Po chwili jestem obok kajaka, w prawej ręce wiosło (całe szczęście – na smyczy), kajak odwrócony. Humorystycznie wypływają na powierzchnię sandały i odpływają w dal – bye, bye! Jeszcze przed wyprawą trenowałem wchodzenie do kajaka na stojącej wodzie z użyciem pływaka na wiosło. Robię zatem to, czego się nauczyłem. Odwracam kajak. Niestety, kolejna fala zrywa pływak z pióra wiosła i wywraca ponownie kajak dnem do góry. Pływak idzie, a w zasadzie odpływa śladem sandałów – bye, bye! Wejście do kajaka z wody podczas dużego falowania – niemożliwe, przynajmniej dla mnie. Do brzegu jakieś pół kilometra, kamizelka mnie utrzymuje, kajak niezatapialny (teoretycznie), siły mam, choć strachu się najadłem, a wody opiłem. Decyduję się na holowanie kajaka do brzegu. Choć właściwie nie wiem, kto kogo holował… Wiatr i fale przybojowe korzystne. Karuzela jednak trwa – czym bliżej jestem brzegu, tym bardziej co kilka, kilkanaście sekund fale wywracają kajak wraz ze mną. Ale najważniejsze, że dryfuję w dobrym kierunku. W końcu przez moment wyczuwam stopą dno. Teraz tylko wyjść na brzeg i ochłonąć. Ochłonięcie trwa do kolejnego świtu. Suszę się i zastanawiam. Po kilku godzinach – cud! Spotykam ratowników na plaży, rozmawiamy o pogodzie. Pokazują mi mój pływak, pytając, czy wiem, co to jest, bo znaleźli na plaży. Od razu mi humor powrócił, pytam bardziej z przekory niż z wiarą, czy nie odnaleźli również pary sandałów „merela”. Do końca dnia pozostaję na plaży, na horyzoncie widzę falochron Mrzeżyna, wieczorem rozbijam namiot. W nocy morze ryczy jak potwór.
Niczym MacGyver
7.07 (wtorek). Plaża przed Dźwirzynem – Mielno.
Wczoraj morze pokazało, co potrafi, a ja – czego nie umiem. W nocy nie mogłem spać. Jak tylko się zaczęło rozjaśniać, wyjrzałem spod tropiku z nadzieją na mniej emocji niż dzień wcześniej. Jest OK, fale przybojowe znośne, morze szumi, nie ryczy. Dostaję SMS-a od mojego asystenta wyprawy – Piotrka: „Stan morza 3-4 B. Płyń!”. W szóstym etapie, ze względu na opóźnienie w wyprawie, nie zawijam do Dźwirzyna oraz Kołobrzegu, a szkoda, bo miałem zaproszenie do „Solnej Mariny” i dodatkowo kapitanat zezwolił mi na wpłynięcie do Kołobrzegu, co dla kajakarzy robione jest rzadko, a chyba nie zostało zrobione jeszcze nigdy do tej pory. Na wodzie mniej strachu, więcej kontroli i zabawy z falami, choć przy falochronach znów robi się niebezpiecznie. Nie ma co walczyć z morzem, trzeba się zwyczajnie dostosować do rytmu, a jak jest za szybki, to trzeba być szybszym lub zmykać czym prędzej. Wiatr zachodni pomaga robić dystans. Fale moczą, słońce suszy, wiatr duje, ale pomaga. W Sianożętach postanawiam (błąd!) chwilę odpocząć. Przybicie kajaka i udany surfing przybojowy wzbudza zainteresowanie plażowiczów, do tego stopnia, że próbują mi pomóc z wypłynięciem i kolejnym pokonaniem fal przybojowych, tylko teraz ku morzu, które – niestety – zaczęły rosnąć w oczach. Oczywiście, trzymając mnie za rufę i ją blokując, obracają mnie równolegle do fal, co błyskawicznie kończy się zerwaniem fartucha, wywrotką i… jedzeniem piachu z morską popitką. Ja już Państwu dziękuję za pomoc… Druga próba udana. To nawet jest dość ekscytujące – tak pohuśtać się przez fale. Schnę błyskawicznie, podziwiając niskie klify i unoszące się na błękitnym niebie cumulusy. Dopływam do Mielna. Z daleka wołam i ostrzegam plażowiczów, z prośbą o miejsce na wpłynięcie na plażę. Ludzi multum, a kajak szczególnie obładowany i ze sterem potrafi na fali nieźle nabić sińców i pogruchotać kości (to już wiem z przedwczorajszej autopsji). Przybicie w ślizgu udane. Pogoda wymarzona dla turystów. Jest zatem kogo poprosić o przypilnowanie sprzętu. Przebieram się „turystycznie” i idę na miasto. Przy okazji robię zaopatrzenie, ładuję komórkę i poprawiam dobre samopoczucie. Kajak dobrze oklejony, edukuje, ja także. Wzbudzamy spore zainteresowanie. Foki i kajakarze rzadko widywani są na plażach. W Mielnie portu nie ma, tylko plaża, zatem pod wieczór rozbijam namiot na piachu. W nocy same miłe komentarze „nocnych marków”, żadnych głupich numerów z przecinaniem linek namiotu. Nawet zostałem sympatycznie nazwany – „o, popatrz, to jakiś MacGyver” – ze względu chyba na sposób mocowania namiotu do piachu za pomocą wioseł i wyrzuconych przez morze patyków dostałem takie zaszczytne porównanie. Uf!
Grizzly, trąby powietrzne i strażacy
8.07 (środa). Mielno k. Koszalina – Unieście.
Zapewne, gdyby nie planowane spotkanie z mediami, wczoraj popłynąłbym dalej, ale w Mielnie o godz. 10.00 spotykam się z dziennikarką z Radia Koszalin (jeden z patronów medialnych mojej wyprawy) oraz z Kazimierzem Borkowskim. O 7.00 jednak jestem już całkowicie spakowany i gotowy. Jeszcze do 9.00 morze gościnne i mógłbym wypłynąć. Od 10.00 zaczyna się jednak zawierucha. Prognoza: wiatr 6-7 B. Przyjeżdża redaktorka. Razem z Kazimierzem udzielamy wywiadów. Na plaży nie ma co gadać, nikt nikogo nie słyszy. Morze i wiatr wyją. My ich nie przekrzyczymy. W tym dniu miałem dopłynąć do Darłowa, jednak ze względu na rozpoczynający się sztorm, nie mogę wypłynąć. Czegoś już się nauczyłem ;-). Siódmy etap. Nie wypływam, ale przeciągam kajak. A dokładnie: próbuję przeciągać. Trochę żałuję, że nie zabrałem kółek (składanego wózeczka do transportu kajaka). To mordęga. Ale pływanie z wózeczkiem po morzu też chyba głupie. Ciągnięcie w wodzie nie wchodzi w rachubę, można tak robić na jeziorze i nawet spokojnej rzece, ale na morzu fale wywracają kajak, a do tego wścibskim turystom łamane są nogi, a o dzieciach nawet nie wspomnę – życie stracić mogą. Dociągam się na wysokość Unieścia, z 2 km od Mielna. Wiem, to żałosne. Patrzę z żalem na morze, rozhuśtało się na dobre. Ja też się kołyszę – emocjonalnie, z bezradności. Na horyzoncie z zachodu nadciąga cumulonimbus. Myślę, że mam z 30 minut na przygotowanie się na burzę. Oj, źle oceniam sytuację! Mam 3 minuty! W szkwale, który na plaży wygląda gorzej niż na wodzie, bo odrzutowy piasek uniemożliwia patrzenie, oddychanie, o rozbiciu namiotu nie wspominając, jestem bezradny. Mimo to jakimś cudem rozbijam namiot, a dokładnie ustawiam tylko konstrukcję z tropikiem, jednak bez mocowania. Wrzucam się z workami na podłogę, trzymając wszystkimi kończynami każdy róg namiotu. Nie wiem, co się działo na zewnątrz, ale miałem wrażenie, że najpierw niedźwiedź grizzly próbował dostać się do środka, a później trąba powietrzna turlała mnie po plaży jak dmuchaną piłkę, a strażacy polewali mnie ze swojego węża, gasząc stodołę. Gdybym miał wódkę, zapewne nie wahałbym się jej użyć, a tak pozostał mi tylko wysokokaloryczny batonik. Jakoś to przetrwałem, żując otręby z miodem. Później okazało się, że te cumulonimbusy (bo było ich kilka tego dnia i nocy) zapowiadały stado niedźwiedzi grizzly, orkiestrę trąb powietrznych oraz zastępy wozów strażackich gaszących rafinerię, a nie byle stodołę.

Sztorm w Darłowie. Z wiosłowania nici.
Ewakuacja, czyli rum, szanty i portowe dziewczyny
9-12.07 (czwartek-niedziela). Unieście – Darłowo.
Nie jest dobrze. Chmurzyska, wietrzysko, pobojowisko i ci „strażacy”, „trębacze” i „grizzly”. Przez całą noc „ktoś bardzo zły” szarpał mój namiot. Jego poranne złożenie było równie ciężkie jak rozłożenie dnia poprzedniego. A ma być jeszcze gorzej. Nie mam żadnych wątpliwości – namiot tego nie przetrwa. O wypłynięciu nie ma mowy. Fale przybojowe zrobią ze mnie wiatrak. Zostać na plaży? Piotrek mówi, że sztorm potrwa do niedzieli. Przerąbane! Czwartek, piątek, sobota, niedziela na piachu za Mielnem? Załamanie pogody i… moje. Najbliższy port w Darłowie. Choć jest opcja: może by tak wpłynąć na jeziora Jamno, a może Bukowo? Do kanałów jednak daleko, nie dowlokę się. Jutro mam być w Ustce na konferencji. Będzie tylko Kazimierz. Zatem ewakuacja? Poddaję się. Piotrek organizuje transport, czyli ciężarówkę z Koszalina. Wyciągam zatem kajak przez las na drogę (przynajmniej trochę się poruszałem), pakuję na pakę i jazda do Darłowa, do portu morskiego. Bardzo miła załoga i bosman, choć trochę się pukają w głowę, widząc mój kajak. Wszystkie łajby w marinie stoją, nikt nie wychyla nawet nosa. Pozostają tylko rum, szanty i portowe dziewczyny (nie wiem tylko, co powie na to moja żona-prawnik; puści mnie normalnie w skarpetkach). Zamiast dziewczyn, wieczorem przyjeżdża Kazimierz (stacjonuje w Ustce). Zastanawiamy się, co zrobić, jeżeli pogoda się nie poprawi. Aby zgrać wszystkie spotkania, konferencje, media, to ostateczny termin zakończenia wyznaczamy na 20 lipca w Gdyni. Jak się da wcześniej, świetnie, jak nie – to dokończę wyprawę w przyszłym roku. Choć byłoby szkoda…
W porcie nie ma jak się rozbić, ale o rzut kamieniem jest, trącący PRL-em, kemping. Przenosimy tam z bosmanem obładowany kajak. I tak się rozpoczyna mój nieplanowany długi weekend w Darłowie, a dokładnie w Darłówku i Darłowie. Na morzu sztorm. Panienki piszczą na falochronie, podziwiając roztrzaskujące się fale na gwiazdoblokach. Mewy, przyczajone na dachach, nie próbują nawet latać. Dla restauratorów zaczynają się żniwa. Okazuje się, że nie tylko upał jest dobry nad morzem. Sztorm także. Kolejki przed monopolowymi, smażalniami, gofrarniami, wesołymi miasteczkami, a nawet… obuwniczymi. Skorzystałem z usług prawie wszystkich, nawet kupiłem sobie tenisówki jako zadośćuczynienie za sandały, które popłynęły w siną dal. Z rzeczy, które mogę polecić, to pierogarnia w Darłowie i siłownia. Wzdłuż kanału portowego wybudowano takie siłownie „pod chmurką” dla staruszków. Każdego dnia przychodziłem i ćwiczyłem na wszystkich urządzeniach, a później czułem się… jak staruszek :-). To działa! W Darłowie prowadzona jest segregacja odpadów. W Darłówku i Darłowie bardzo dużo turystów, względnie czysto. Niestety, w kanałach portowych widoczne śmieci. Okolica wietrzna, więc sporo turbin wiatrowych. Myślę, że to lepsze niż planowana atomówka nad morzem.
12.07 (niedziela). Darłowo – Słowiński Park Narodowy (10 km przed Łebą).
Po trzech dniach czekania na poprawę pogody rozpoczynam ósmy etap. Już dzień wcześniej, czyli w sobotę, przenoszę kajak i większość ładunku do portu. Świt, prognoza się sprawdza, jest poprawa. O piątej kajak spakowany, mam na sobie fartuch, sztormiak i kapok. Budzę bosmana, zrzucamy kajak z pomostu na wodę. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to będzie najdłuższy w moim życiu seans filmowy pt. „Szczęki”. Chodzi nie o żarłacza, tylko moje zaciśnięte szczęki, z różnych powodów. Stan morza: 3-5 B. Po 15 godzinach wiosłowania i przepłynięciu ok. 75 km docieram na kraniec Słowińskiego Parku Narodowego, jakieś 10 km przed Łebą. Huśta od rana, ale już to wiem, że trzeba startować skoro świt i machać wiosłami, ile wlezie, tak aby przepłynąć, ile się da do godz. 12.00. Zazwyczaj później może być tylko gorzej. Omijam port w Ustce (swoją drogą, sam port dość nieprzyjazny kajakarzom). Mijam poligon morski. Od ponad miesiąca załatwiałem zezwolenie na jego przepłynięcie. Dostałem emailową zgodę, ale zanim zdążyłem się skontaktować z wartownią, już go przepłynąłem. Mijam Rowy i port oraz idiotów na śmierdzących i ryczących skuterach, którzy lubią przepływać zdecydowanie za blisko. Przy główkach falochronu klasycznie cholernie niebezpiecznie, ledwo co utrzymałem równowagę, skutery, łodzie motorowe, statki wycieczkowe, załamujące, krzyżujące i stojące fale. Było o włos. Uf! Do tej pory skóra mi się marszczy na wiośle. Dalej już tylko cudowny, najpiękniejszy odcinek, czyli Słowiński Park Narodowy. Wydmy z morza nie wyglądają tak spektakularnie jak z lądu, ale i tak na tle całego wybrzeża jest na czym oko zawiesić. Choć nie wypuściłem wioseł od godz. 4.00 do 19.00, to oko zawieszałem. Zdjęć nie robiłem, bo trzymałem wiosła, a poza tym wcześniej mi się podtopił mój towarzysz i ostatecznie wyzionął ducha – czyli aparat fotograficzny kaput. Rozbijam obóz na terenie SPN-u. Nie wolno, chyba że się ma pozwolenie. Ja miałem. Swoją drogą, nie wolno też pływać na niczym bliżej niż 2 mile morskie od brzegu, bo to Park Narodowy. Spotykam w tym dniu tylko strażnika SPN-u, który każdego wieczora objeżdża Park na swoim quadzie. Uzgadniamy warunki awaryjnego biwakowania na terenie SPN-u. Rozmawiamy o śmieciach w morzu i śmiecących turystach. Sympatyczny facet. Sztorm wyrzucił na plaże sieci oraz różne odpady, np. kanistry oraz liny z kutrów. Śpię jak zabity. Acha, obiecałem napisać, co to za „szczęki” miałem na myśli. Podczas wiosłowania nic nie jadłem, nic nie piłem ani nie sikałem, stąd te zaciśnięte szczęki…
Jajecznica i kubek kawy czynią cuda
13.07 (poniedziałek). SPN – Dębki.
Dziewiąty etap. 3.30 otwieram oko, włączam komórkę, odbieram SMS-a od Piotrka: „Ahoj! Stan morza 3-6 B”. Nieźle, bardzo dużo adrenaliny, wypływam ok. godz. 4.00. Nieźle! W głowie tylko „jak najszybciej, jak najdalej…”. O 7.00 zawijam do portu w Łebie. Bardzo czysto i schludnie, prowadzona jest segregacja odpadów. Jest wygodny slip po północnej stronie basenu. Zostałem miło przyjęty przez bosmana. Okazuje się, że nie tylko zna „Recykling Rejsy” i od lat je śledzi, ale nawet kibicował mi, jak pedałowałem wokół całego Bałtyku w 2010 r. Pogadaliśmy sobie serdecznie o kajakach, morzu, rowerach i życiu. Pozdrawiam załogę z mariny w Łebie!!! Korzystam z cudownej okazji: o godz. 8.00 w marinie serwują śniadania dla gości. Jajecznica i kubek kawy – jak dużo może to sprawić przyjemności… O 8.15 jestem jednak już na wodzie i zasuwam jak wodolot. Linia brzegowa zaczyna skręcać w prawo, czyli zachodni wiatr idealnie trafia w moją rufę. Pojawiają się duże, pustawe plaże, tzn. wpływam na teren Nadmorskiego Parku Krajobrazowego. Po jajecznicy i kawie mógłbym tak w nieskończoność. Po 14.00 jednak zaczynają się niebezpieczne szkwały, kilka razy dostaję sierpowe. To daje mi do myślenia, w pięknym surfie ląduję na 100-metrowej plaży i rozbijam się w okolicach Dębek. Dziś ok. 60 km, też nieźle. Rozmawiam z kilkunastoma serdecznymi turystami, zainteresowanymi kajakiem i obozem. Na plaży nie ma pojemników na śmieci, więc, niestety, są i one. Niebo pochmurniaste, wiatr bardzo silny, rozpoczyna się piaskowy peeling. Nie ma na co czekać, nurkuję pod tropikiem. Trochę za wcześnie, ale w środku przynajmniej nie kłuje. Swoją drogą, piasek i sól załatwiają mi ster, więc codziennie muszę go rozkręcać i czyścić. Na słodkiej wodzie nie ma takich problemów…
Gęba mi się śmieje, bo widzę mierzeje
14.07 (wtorek). Dębki – Chałupy.
Dziesiąty etap. Budzą mnie wesołe okrzyki. To wyznawcy boga Ra przyszli z pobliskich Dębek przywitać przy ognisku wschód słońca. Ja też się kiedyś tak bawiłem, także w Dębkach. Stan morza 4-5 B. Przybojowe fale nie tak łatwo dają się pokonać, tym bardziej, że wypłycenia sięgają dość daleko w morze. Ostatecznie dają spokój kilkaset metrów dalej i mogę szerokim łukiem skierować się ku Ra. Zasuwam. Opływam Jastrzębią Górę i Rozewie, trzeba tu uważać, nie jest głęboko, a dno zmienia swój kształt, więc powstają wysokie i niespodziewane fale. Głowa kręci mi się dookoła szyi, wolę dmuchać na zimne niż pod koniec (bo już tak czuję) dać się podtopić. Na horyzoncie olbrzymie falochrony Władysławowa, omijam je z daleka. „Gęba mi się śmieje, bo widzę mierzeje”. No to jestem „w domu”. Miałem kilka planów awaryjnych na wyprawę. 14 lipca rano planowałem zakończyć wyprawę w Gdyni, ale to już jest niemożliwe. Kolejna data to 17 lipca. Nie opływam Helu, ale przenoszę kajak na wysokości Chałup. Wejście na plażę nr „6” – tu jest z 200 m do Zatoki Puckiej. Wślizguję się na plażę, zostawiam kajak pod okiem plażowiczów, przechodzę nad Zatokę na pobliski kemping, proponuję niejakiemu Jimmy’emu piwo, aby pomógł mi przenieść kajak przez tory. Po 15 minutach Jimmy gasi pragnienie, a ja rozbijam namiot w Chałupach przy szkółce kite- i windsurferów. Naprawdę, jestem „w domu”. Wieje tu jak cholera, stąd to mekka „żagli, latawców i spadochronów”, ale dużych fal nie ma. Sporo osób mnie zapytuje o kajak i baner, który rozwiesiłem, niektórzy nawet słyszeli. A to świetnie! Robię sobie spacerek do Władysławowa. Niestety, wzdłuż drogi i w środku mierzei – śmieci. Trzeba to posprzątać i przede wszystkim: nie zostawiać! Port we Władysławowie spory i w miarę zadbany. A miasto w niezłym rozgardiaszu, sporo remontów. Niestety, brakuje ścieżek rowerowych, a zabudowa jest bardzo chaotyczna. Nie wiem, co i jak samorządowcy planują, aby Władysławowo było przyjaźniejszym miastem. Potencjał jest, ale to za mało.
Uważaj, żebyś się nie przemęczył
15.07 (środa). Chałupy – Swarzewo.
Jedenasty etap już na Zatoce Puckiej kończę w stanicy wodnej w Swarzewie. Dziś to spacerek – ok. 7 km. „Uważaj, żebyś się nie przemęczył”. Zwiedzam wioskę, jest czysto, prowadzona jest segregacja odpadów. Odwiedzam i spotykam się z zespołem lokalnej organizacji Muzeum „Kocham Bałtyk”. Nazwa trochę myląca, bo w siedzibie pokazują klocki Lego. Nie ukrywam, że spodziewałem się czegoś innego. Dziś rozpusta: Kaszubka, która pilnuje stanicy wodnej, zaproponowała mi kwaterę. 30 zł za wygodne łóżko i dodatki. OK! Z okna widzę kajak i zatokę. Kot siedzi na parapecie. W kuchni rodzinka rozmawia po „kaszebsku”, nic nie rozumiem.
Jestem samowystarczalny
16.07 (czwartek). Swarzewo – Gdynia.
Za wygodnie, o szóstej już pion. Ale co za rozkosz, nie muszę składać mokrego i zapiaszczonego namiotu. Robię sobie kawę i śniadanie, i sympatycznie pogadam z mężem Kaszubki, czyli Kaszubem. To dwunasty i ostatni etap na wodzie. Dziś wiatr zachodni nawet do 6 B. Myślałem, że to będzie „bułka z masłem”. Fal nie ma wysokich, ale są krótkie i mocne, więc dostaję seriami, wyjątkowo w prawą burtę. Sporo sieci i wraków. Zahaczenie sterem oznaczałoby potem koszmar z wyplątaniem. Trzeba uważać, więc uważam, tym bardziej że, choć zabrzmi to mentorsko, najwięcej głupich wypadków zazwyczaj zdarza się na finiszu wypraw. Mijam bezpiecznie Mierzeję Rewską, szkielet torpedowni oraz tajemniczą i zamkniętą strefę nr 15.
W kapitanacie portu wiedzą, że płynę. Kontroler przeprowadza mnie bezpiecznie między statkami. Dopływam do portu jachtowego w Gdyni ok. 15.00. Zostaję miło przyjęty przez panią bosmankę, która słyszała o wyprawie i popiera jej cel. Kajak pomaga mi przenieść chłopak z obsługi mariny. Wszyscy bardzo mili, chcą mi przychylić nieba, ale ja jestem samowystarczalny. Pozdrawiam Gdynię! Bezpiecznie zostawiam swoją łódź na zapleczu biura portu. Napracowała się i nawet kogoś uratowała. Zostaję na noc w Gdyni. Zwiedzam miasto, jest czysto, prowadzona jest segregacja. Rozsyłam zaproszenia na zakończenie wyprawy, które planowane jest na kolejny dzień. Gdynia nie ma architektonicznych fajerwerków. Najwyższy „seatower” jest jak dla mnie przekonstruowany, bez życia i za zimny, mimo wszystko miasto jest pełne światła i jakiejś nieopisanej energii. Tak, taki jest gdyński modernizm. Mógłbym tu mieszkać.
Prezent na urodziny
17.07 (piątek). Gdynia.
Nocowałem w „Małym Żaglu” – to akademik przy porcie jachtowym, widoczny z plaży miejskiej, który w wakacje zamienia się w hostel. O godz. 11.00 rozpoczyna się konferencja prasowa na plaży miejskiej koło basenu jachtowego – to już oficjalne zakończenie wyprawy. W konferencji bierze udział Ania Szałkowska z Fundacji PlasticsEurope Polska. Wśród mediów obecne są m.in. dwie telewizje: Wybrzeże i TVP Gdańsk, a poza tym Radio Gdańsk, Kurier Gdyński, Portal Morski. Po konferencji jeszcze z Anią idziemy na mrożoną kawę (trzeba w końcu uczcić szczęśliwy finał bałtyckiego „Recykling Rejsu”), a o godz. 13.00 pakuję kajak na ciężarówkę i wracam do Wrocławia. Znowu pomaga MELACO. Swoją drogą, dzisiaj miałem urodziny, 48.
Eko jest na fali
Kłaniam się nisko wszystkim, którzy trzymali kciuki, którzy pomogli i którzy nie śmiecą, a jeszcze niżej tym, którzy segregują! Zajrzyjcie na stronę www.recykling-rejs.pl, gdzie opisana jest tegoroczna i wcześniejsze wyprawy. Jeżeli komuś przyjdzie ochota na współpracę, zajrzyjcie też na www.cycling-recycling.eu. Opisuję tam swoje różne ekoakcje. Jeżeli przypadną Wam do gustu, dajcie znać, może zrobimy coś razem w Waszym mieście, wiosce czy na łódce? Poza tym pamiętajcie: „eko” jest na fali, ja w każdym razie byłem.

Ahoj! Dominik Dobrowolski
fot. 3 x D. Dobrowolski













